czwartek, 21 marca 2013

Różowe pudełko!


Dobra jestem pewnie ostatnią, która o tym pisze :)

W końcu i ja dorwałam swoje pudełeczko Vichy. O akcji trąbiły blogi, a na Waszych mailach spam od Vichy już dawno informował - biegiem do apteki!

Jako, że okazja okazją i szansy nie można zmarnować to i ja wybrałam się po swoją działkę :)

Tutaj macie listę aptek w których powinny być pudełka: KLIK


Niestety nie wszystko było takie łatwe. W niektórych aptekach powiedziano mi, że pudełeczka już rozdano (jaaasne), a w innych pudełek widziałam full (tak jak dziś kiedy szłam po leki i spaczona spojrzałam na półeczkę Vichy). 

W każdym razie polecam. Ja swoje pudełeczko mam, kolejne ma moja mama (z kremami dla skóry 40+). Tubki z kremem są urocze - idealnie sprawdzą się w podróży, na siłownię czy basen. POLECAM :D

niedziela, 10 marca 2013

Ivory a Ivory, czyli kolor kolorowi nierówny

Jak pisałam w ostatnim poście - jestem człowiekiem koloru kredy (ściany, śmierci, przećpanej
laski leżącej odłogiem na podłodze- do wyboru do koloru)więc w sklepach szukam podkładów i pudrów w możliwie najjaśniejszych kolorach. Mam już swoich ulubieńców, co nie oznacza, że nie mogę dalej
poszukiwać i próbować.

Na listopadowym spotkaniu blogerek w tym temacie nie zaszalałam. Większość podkładów
sprawdzam na mojej mamie. Niestety dla mnie są one tak ciemne, że nawet nie ma sensu ich rozjaśniać innym podkładem, czy kremem. Kiedy więc zobaczyłam, że trafił mi się podkład Rimmela w odcieniu 110 Ivory pomyślałam że mi się pofarciło. Chociaż jeden podkład właśnie dla mnie! I to taki, który od dawna chciałam wypróbować!

I co? I nico :P

Niestety okazało się, że Ivory Ivory nierówny. Nie wiem według kogo to ma być jasne... Strasznie
żałuję, że podkład nie jest jasny, bo żeby z niego korzystać muszę mieszać go z kremem. Oznacza to, że nie mogę przetestować podkładu w normalny sposób.
 Poniżej macie zestawienie Ivory według Revlonu oraz Ivory według Rimmela. Niestety różnica jest bardzo widoczna.



Jak widać, gdybym miała zaufać Rimmelowi na słowo, to skończyłabym z pomarańczową twarzą.
Na szczęście nie mam teraz większych problemów z cerą więc zwykła mieszanka krem + Rimmel
załatwia sprawę :)

Mimo wszystko trochę mi szkoda. Bo chętnie sprawdziłabym podkład w normalnych warunkach. Ciekawa jestem jak u mnie by się sprawował.

Jak to jest z tym podkładem u Was?

sobota, 2 marca 2013

Coś dla bladziochów - Revlon ColorStay 110

Nie jest łatwo, kiedy masz kolor ściany. Sama jako szczęśliwa posiadaczka cery wręcz białej mam
często większy niż reszta problem z doborem odpowiedniego podkładu. Wszystko przy
mnie wydaje się ciemne i pomarańczowe.

Na całe szczęście znalazłam swoich ulubieńców. Jednym z nich jest -tu chyba nikogo nie zaskoczę-
Revlon ColorStay - odcień 110 Ivory.

Właśnie zakupiłam sobie kolejną butelkę :)
 Jak widać wszystko zostało wygrzebane do ostatniej kropli - nawet brak pompki mi w tym nie przeszkodził :)

 Jak to z nim wygląda?

Mam wersję dla skóry suchej i normalnej. Przyznaję, że podkład idealnie spełnia swoją rolę właśnie
przy takiej skórze. Nie muszę bać się o wysuszenie, czy nadmierne podkreślenie suchych skórek. 

Najważniejsza dla mnie rzecz - podkład jest super dla bardzo bladej skóry.

Podkład ładnie wyrównuje koloryt skóry nie powodując jednocześnie efektu maski. No i wreszcie to co lubię - zawartość filtrów (SPF 15)! Wiem, że przy tej ilości podkładu którą nakładam, filtr nie spełni swojej roli w 100%, ale cieszę się, że producent zwrócił na to uwagę.

Ja swoją buteleczkę wykorzystywałam przez około rok, a podkład stosowałam prawie codziennie.

Minusy: buteleczka nie ma pompki. Przez to kiedy kończmy produkt, wydobywanie resztek niepotrzebnie zabiera nam czas (a kto ma czas rano na dzikie tańce i szalone potrząsanie buteleczką?).



Podkład polecam do stosowania przez prawie cały rok z pominięciem lata. Wiem, że noszenie tapety
nie jest wskazane podczas wysokich temperatur, jednak wiadomo - są sytuacje, które wymagają
umalowania. W takich okresach bardziej stawiałabym na przykład na True Match L'oreala, który jest
lżejszy i nie będzie nam ciążył i zapychał.

Cena: w małej drogerii zapłaciłam za niego 40 zł za 30 ml.

sobota, 23 lutego 2013

ZIAJA seria oliwkowa

Ziaja jest jedną z moich ulubionych firm. Nie zawsze kupuję ich kosmetyki, ale faktycznie często
do nich wracam. Do tej pory nie znalazłam lepszych (tańszych, bardziej ekonomicznych i tak fajnie
pachnących) żeli pod prysznic:) A jeśli już przy tematach prysznicowo/łazienkowych jesteśmy to
chciałam parę słów powiedzieć o serii oliwkowej do włosów.

Na ostatnim spotkaniu blogerek w Warszawie miałyśmy okazję dostać do wypróbowania jedną z
dwóch serii kosmetyków Ziaja do włosów. Mi się trafiła seria oliwkowa.

Szczerze mówiąc od jakiegoś czasu czytam recenzje tej serii i jestem zdziwiona. Kosmetyki dostają
bardzo niskie noty, a ja nie do końca wiem dlaczego.

To co i jak z tym zestawem?

 
 
Szampon:   przyjemny. Nie ma szałowego zapachu, ale jest wydajny i podobnie do innych szamponów
tej firmy dobrze zmywa wszystko z włosów. Trochę więcej trzeba popracować po olejowaniu, ale to dla
mnie nic nowego (dlatego zrezygnowałam z olejowania bo nic mi nie dało, a roboty miałam mnóstwo przy tym).

Uwielbiam dużą butlę, dzięki której wiem, że za 5 minut nie będę musiała lecieć po kolejne opakowanie. Jak dla mnie to szampon, który z powodzeniem może stosować cała rodzina.

Co więcej nie zauważyłam, abym przy używaniu tego szamponu musiała częściej/rzadziej myć głowę.
Po prostu normalny szampon za niską cenę.









Odżywka:  Tu było odrobinę gorzej. Odżywka jest dość płynna, co wpływa na dwie istotne rzeczy: po
pierwsze na aplikację. Niestety ale im bardziej lejąca się odżywka tym ciężej jest ją nałożyć na włosy.
Druga sprawa - taka konsystencja powoduje, że niestety tej odżywki musimy nałożyć na głowę więcej niż normalnie. Oznacza to, że odżywka jest mało wydajna.

Mimo wszystko mogę powiedzieć, że stan moich włosów po użyciu tej odżywki nie odbiega znacznie od tego co mam w przypadku innych tego typu kosmetyków do włosów. Ich stan jest przyzwoity.
Włosy nie są obciążone (odżywkę zmywamy po 3-5 minutach), nie przetłuszczają się szybciej.









Maska: Maska bardzo mi przypadła do gustu. Szału nie robi, ale już po pięciu minutach trzymania jej
na włosach mogę ją zmywać. Jest to dla mnie duży plus, bo nie lubię przesiadywać godzinami z tymi
wszystkimi cud maskami co nic nie robią. Włosy po niej są miękkie, dobrze odżywione i miłe w dotyku.

Opakowanie starczyło mi na około 10-12 aplikacji na długie włosy.


Podsumowując Ziaja oliwkowa daje radę. Ceny kosmetyków są przyzwoite, tak samo działanie nie
przynosi rozczarowania.
Myślę, że mogą je spokojnie kupować osoby, które nie lubią godzinami rozkminiać co by tu nowego
kupić oraz Ci którzy nie mają większych problemów z włosami. Ja sama stawiałabym przede
wszystkim na szampon.

Wszystkie kosmetyki mają delikatny, nie wyróżniajacy się zapach, który znika szybko po umyciu włosów.

sobota, 9 lutego 2013

Podsumowanie akcji zapuszczania włosów

Dobra - koniec migania się. Czas podsumować akcję zapuszczania włosów. Tu znajdziecie wszelkie szczegóły z rozpoczęcia: KLIK

Przyznaję się, średni ze mnie uczestnik akcji. Miałam wielkie plany dbania o siebie i o włosy. Taaa
jasne. Zestawcie ze sobą pracę na pełen etat, święta, prezenty, sesję (rozpoczętą w połowie grudnia na indywidualnym toku studiów) i odrobinę życia towarzyskiego. Było mało czasu na sen, dziwię się, że w ogóle myłam głowę...

Ale koniec wymówek. Czas zabrać się za temat. Obok zdjęcie z rozpoczęcia i zakończenia akcji.

Czy dużo zmieniło się po tych trzech miesiącach? Nie za bardzo. Włosy rosły w standardowym
tempie. 
 
 Miałam 46 cm biorąc pod uwagę pasmo kontrolne a mam 51 cm.

Czas na podsumowanie tego co stosowałam od środka:

1. Siemię lniane

Siemię mnie uratowało. Ale nie przypadku włosów tylko gardła. Siemię bardzo fajnie działa na organizm. Nie widziałam jednak szczególnych oznak działania bezpośrednio na głowie.

2. Pokrzywa

Pokrzywę piję od czasu do czasu. Ma silne działanie moczopędne, oczyszcza organizm z toksyn. W
jego przypadku też nie zauważyłam widocznych rezultatów.

3. Zaczęłam stosować tabletki z Calcium Pantothrnicum jednak przez chorobę chciałam znacząco zmniejszyć ilość prochów więc zrezygnowałam właśnie z nich. Nie ma co obciążać wątroby, wrócę do nich pod koniec
lutego, teraz czas na wakacje dla wątroby.

Stosowane od zewnątrz:

1. Maska Kallos

Wreszcie udało mi się skończyć to wielkie opakowanie :D
Maska jest przyzwoita. Z zwłaszcza jeśli weźmiemy pod uwagę cenę i ilość produktu.
Mimo wszystko nie wiem czy prędko kupię następne opakowanie. Maska jak maska, a szału nie było.
Obawiam się, że przy tej długości włosów ( i ich stanie) potrzebuję czegoś po czym będzie mi łatwiej
rozczesać wszystko.

2. Serum na końcówki V05 Miracle concentrate

Serum pewnie powinnam opisać w oddzielnej recenzji. Ale tak na szybko mogę powiedzieć, że ok
zabezpiecza końcówki, ale ma dość intensywny zapach. Mimo wszystko sprawdza się nie gorzej niż
inne tego typu jedwabie, olejki itp. Nie wpływa jako tako znacząco na stan końcówek, ale przedłuża
ich żywotność jeśli jest stosowane regularnie.

Co więcej?

Suszyłam włosy, jakoś przeżyły przy mojej filozofii, że suszenie nie jest złem. 

Z braku czasu nie robiłam żadnych plecionek (dlatego też nic się nie pojawiło na blogu) za to sięgnęłam sobie po szamponetkę. Włosów już nie farbuję, ale tęskniłam za kolorem, więc sięgnęłam po sprawdzoną Delię.

Marchewkowy rudy to to co lubię!

czwartek, 24 stycznia 2013

A kysz!

Ciągle poszukuję środka idealnego na wszelkie niespodzianki pojawiające się na mojej buzi. Taaaa uwaga bo jeszcze mi się uda...:)

W każdym razie do rzeczy!
Swojego czasu moja twarz przypominała wysypisko wulkanów. Na całe szczęście jeszcze w liceum miałam odrobinę rozumu, aby pójść do lekarza i coś z tym zrobić.
Teraz już nie mam aż takich problemów, jednak mam dużą skłonność do wyprysków. Dlatego walczę z nimi na bieżąco.

Dziś zdecydowałam się pokazać Wam kolejne po starcie (pojedynek maści do ust znajdziecie tu: KLIK). Tym razem walczymy z niespodziankami!



W ringu staje zawodnik, który pojawił się u mnie w szafce stosunkowo niedawno - olejek z drzewa herbacianego. Jego przeciwnikiem jest stary wyjadacz - apteczny Benzacne.

Oto jak wyglądał pojedynek:

Od dawna stosowałam Benzacne 10% (dostępna także wersja 5%). Ładnie wysusza wypryski i przyspiesza gojenie.

BENZACNE - Co mówi o nim producent?

Preparat BENZACNE wywiera działanie keratolityczne i słabo odkadzające. Tlen, uwalniany stopniowo z nadtlenku benzoilu, hamuje rozwój niektórych bakterii beztlenowych. Złuszczenie powoduje zmniejszenie ilości zaskórników i stanu zapalnego

Co mówię o nim ja?

Benzacne jest jednym z lepszych kosmetyków jakie miałam nie licząc tych przepisanych kiedyś przez dermatologa. Już w momencie kiedy widziałam, że coś się wynurza na powierzchnię szybko po niego sięgałam. I zazwyczaj działał. Dopiero pojawiające się podejrzane elementy usuwał, a te większe, których nie zwalczył wcześniej - elegancko goił i pomagał im szybciej zniknąć.Jeśli któraś z Was zdecyduje się na ten kosmetyk proszę zwróćcie uwagę na to co powypisywałam poniżej.

Rzeczy o których należy pamiętać stosując Benzacne:
1. Jeśli chcemy nałożyć krem na dzień, pod makijaż, musimy nałożyć go cieniutką warstwą. W innym przypadku będziemy miały piękny biały placek.

2. Kosmetyk ten powinno się stosować punktowo. Kiedyś nałożyłam to na trochę większy obszar skóry w okolicach brody i obudziłam się rano z czerwoną podrażnioną skórą. Czerwony placek z rana na twarzy nie jest fajny.

3. Przygotujcie się na walkę z suchymi skórkami. Kosmetyk ma w końcu działanie wysuszające. 

4. Po użyciu Benzacne należy bardzo dokładnie umyć ręce. Zdarzyło mi się parę razy niedokładnie wszystko zmyć, przez co moje ręczniki są teraz ozdobione wątpliwej urody białymi plamami.

Cena: ok 12 zł 

Teraz czas na drugiego zawodnika - olejek z drzewa herbacianego:

Będzie prosto i krótko - co za porażka.

Niestety olejek, który chwaliło tyle osób na blogach okazał się dla mnie katastrofą. Nie dość, że śmierdzi (moja rodzina stwierdziła że śmierdzi pastą do podłóg), totalnie nic nie robi. Ok ma bardzo delikatne działanie odkażające i wysuszające, ale to wszystko. Na mnie zupełnie się nie sprawdziło. Przy jego stosowaniu moja skóra szybko osiągnęła stan bliski krytycznego. Szczęście, że przed sylwestrem się opamiętałam i wróciłam do Benzacne, bo inaczej nawet pod makijażem nic by się nie ukryło... Teraz zostało mi pół buteleczki, która sobie leży i czeka właściwie nie wiem na co.

Cena ok 10 zł

Podsumowując:

Jeśli niespodzianki macie jedynie od czasu do czasu, a na ogół cieszycie się ładną cerą - spróbujcie olejku. Jest naturalny i dużo osób go chwali.
Jeśli jednak macie tego u siebie trochę więcej - wybierzcie Benzacne.
A na koniec - jeśli uważacie, że nic Wam nie pomoże - koniecznie wybierzcie się do dermatologa. To zawsze najlepsza decyzja.


sobota, 12 stycznia 2013

Czas na Lumene!

Źródło

Mam cerę bardzo problematyczną. Jest bardzo wrażliwa, cienka i sucha. O coś takiego nie jest łatwo zadbać. Zwłaszcza jeśli do tego dodamy po drodze walkę z częstymi niespodziankami w postaci wyprysków.
Nikt nie powiedział, że będzie łatwo. Ale nikt też nie powiedział, na jakiego sprzymierzeńca trafię na warszawskim spotkaniu bloggerek.

To mój nowy ulubieniec - krem Lumene. 

Keep it cool jest kremem nawilżającym, który ma za zadanie redukować zaczerwienienia, wygładzać i nawilżać skórę. Producent obiecuje nam przy tym jeszcze niezły mat i zapobieganie blokowaniu się porów. I ja czuję, że te obietnice zostały w pełni spełnione!

Przyznam się, na początku byłam nastawiona negatywnie. Dlaczego? Doczytałam się, że krem jest przeznaczony dla posiadaczek cery normalnej, mieszanej i tłustej. Dopiero potem wspomnianą mamy cerę suchą. Tak na końcu... pomyślałam, że to się nie uda. Bo co to za krem, który jest dla wszystkich? No i jeszcze ten mat. Nigdy nie używałam kremu matującego. Nie był mi potrzebny. Kremy matujące dawały mi do tej pory mało komfortowe uczucie ściągnięcia i niewystarczającego nawilżenia. 
I  teraz zonk - serio polubiłam się z tym kremem. 

Tak tak sama jestem zaskoczona. Krem naprawdę ładnie nawilża moją skórę. Mat też jest niezły - przyznaję, że pierwsze świecenie widać u mnie po około 7 godzinach pracy w pomieszczeniu klimatyzowanym. 

Co więcej? Dla mnie to świetny krem na dzień. Szybko się wchłania, a wykonany na nim makijaż jest trwały. Podkład się nie roluje, a dzięki efektowi matu używam dosłownie odrobinę pudru do utrwalenia wcześniej nałożonego podkładu.

A teraz coś co było dla mnie bardzo ważne - krem nie zapycha. Niestety ostatnio miałam ogromny problem z doborem odpowiedniego smaru na twarz, bo wszystko wywoływało u mnie sporą ilość wyprysków przez co moje policzki przypominały drogę mleczną... Tutaj taki efekt nie występuje. 

Podsumowując:

Skóra nie jest zapchana, świetnie się na nią nakłada makijaż, zaczerwienień nie ma, a mat nie wywołuje u mnie jednoczesnego napięcia na twarzy, którego nie lubię. 

Minusy? Są dwa. Pierwszym jest brak filtra. Drugim, że krem w tubce mi się kończy :)

Zdecydowanie zakupię go ponownie!

Cena: Za to małe cudo w tubce zapłacimy ok. 17 zł/50 ml

Edit:

Otrzymałam informację gdzie można dorwać kosmetyki Lumene:
http://www.kosmeteria.com.pl/sklepy_map?woj=157&miasto=167