sobota, 23 lutego 2013

ZIAJA seria oliwkowa

Ziaja jest jedną z moich ulubionych firm. Nie zawsze kupuję ich kosmetyki, ale faktycznie często
do nich wracam. Do tej pory nie znalazłam lepszych (tańszych, bardziej ekonomicznych i tak fajnie
pachnących) żeli pod prysznic:) A jeśli już przy tematach prysznicowo/łazienkowych jesteśmy to
chciałam parę słów powiedzieć o serii oliwkowej do włosów.

Na ostatnim spotkaniu blogerek w Warszawie miałyśmy okazję dostać do wypróbowania jedną z
dwóch serii kosmetyków Ziaja do włosów. Mi się trafiła seria oliwkowa.

Szczerze mówiąc od jakiegoś czasu czytam recenzje tej serii i jestem zdziwiona. Kosmetyki dostają
bardzo niskie noty, a ja nie do końca wiem dlaczego.

To co i jak z tym zestawem?

 
 
Szampon:   przyjemny. Nie ma szałowego zapachu, ale jest wydajny i podobnie do innych szamponów
tej firmy dobrze zmywa wszystko z włosów. Trochę więcej trzeba popracować po olejowaniu, ale to dla
mnie nic nowego (dlatego zrezygnowałam z olejowania bo nic mi nie dało, a roboty miałam mnóstwo przy tym).

Uwielbiam dużą butlę, dzięki której wiem, że za 5 minut nie będę musiała lecieć po kolejne opakowanie. Jak dla mnie to szampon, który z powodzeniem może stosować cała rodzina.

Co więcej nie zauważyłam, abym przy używaniu tego szamponu musiała częściej/rzadziej myć głowę.
Po prostu normalny szampon za niską cenę.









Odżywka:  Tu było odrobinę gorzej. Odżywka jest dość płynna, co wpływa na dwie istotne rzeczy: po
pierwsze na aplikację. Niestety ale im bardziej lejąca się odżywka tym ciężej jest ją nałożyć na włosy.
Druga sprawa - taka konsystencja powoduje, że niestety tej odżywki musimy nałożyć na głowę więcej niż normalnie. Oznacza to, że odżywka jest mało wydajna.

Mimo wszystko mogę powiedzieć, że stan moich włosów po użyciu tej odżywki nie odbiega znacznie od tego co mam w przypadku innych tego typu kosmetyków do włosów. Ich stan jest przyzwoity.
Włosy nie są obciążone (odżywkę zmywamy po 3-5 minutach), nie przetłuszczają się szybciej.









Maska: Maska bardzo mi przypadła do gustu. Szału nie robi, ale już po pięciu minutach trzymania jej
na włosach mogę ją zmywać. Jest to dla mnie duży plus, bo nie lubię przesiadywać godzinami z tymi
wszystkimi cud maskami co nic nie robią. Włosy po niej są miękkie, dobrze odżywione i miłe w dotyku.

Opakowanie starczyło mi na około 10-12 aplikacji na długie włosy.


Podsumowując Ziaja oliwkowa daje radę. Ceny kosmetyków są przyzwoite, tak samo działanie nie
przynosi rozczarowania.
Myślę, że mogą je spokojnie kupować osoby, które nie lubią godzinami rozkminiać co by tu nowego
kupić oraz Ci którzy nie mają większych problemów z włosami. Ja sama stawiałabym przede
wszystkim na szampon.

Wszystkie kosmetyki mają delikatny, nie wyróżniajacy się zapach, który znika szybko po umyciu włosów.

sobota, 9 lutego 2013

Podsumowanie akcji zapuszczania włosów

Dobra - koniec migania się. Czas podsumować akcję zapuszczania włosów. Tu znajdziecie wszelkie szczegóły z rozpoczęcia: KLIK

Przyznaję się, średni ze mnie uczestnik akcji. Miałam wielkie plany dbania o siebie i o włosy. Taaa
jasne. Zestawcie ze sobą pracę na pełen etat, święta, prezenty, sesję (rozpoczętą w połowie grudnia na indywidualnym toku studiów) i odrobinę życia towarzyskiego. Było mało czasu na sen, dziwię się, że w ogóle myłam głowę...

Ale koniec wymówek. Czas zabrać się za temat. Obok zdjęcie z rozpoczęcia i zakończenia akcji.

Czy dużo zmieniło się po tych trzech miesiącach? Nie za bardzo. Włosy rosły w standardowym
tempie. 
 
 Miałam 46 cm biorąc pod uwagę pasmo kontrolne a mam 51 cm.

Czas na podsumowanie tego co stosowałam od środka:

1. Siemię lniane

Siemię mnie uratowało. Ale nie przypadku włosów tylko gardła. Siemię bardzo fajnie działa na organizm. Nie widziałam jednak szczególnych oznak działania bezpośrednio na głowie.

2. Pokrzywa

Pokrzywę piję od czasu do czasu. Ma silne działanie moczopędne, oczyszcza organizm z toksyn. W
jego przypadku też nie zauważyłam widocznych rezultatów.

3. Zaczęłam stosować tabletki z Calcium Pantothrnicum jednak przez chorobę chciałam znacząco zmniejszyć ilość prochów więc zrezygnowałam właśnie z nich. Nie ma co obciążać wątroby, wrócę do nich pod koniec
lutego, teraz czas na wakacje dla wątroby.

Stosowane od zewnątrz:

1. Maska Kallos

Wreszcie udało mi się skończyć to wielkie opakowanie :D
Maska jest przyzwoita. Z zwłaszcza jeśli weźmiemy pod uwagę cenę i ilość produktu.
Mimo wszystko nie wiem czy prędko kupię następne opakowanie. Maska jak maska, a szału nie było.
Obawiam się, że przy tej długości włosów ( i ich stanie) potrzebuję czegoś po czym będzie mi łatwiej
rozczesać wszystko.

2. Serum na końcówki V05 Miracle concentrate

Serum pewnie powinnam opisać w oddzielnej recenzji. Ale tak na szybko mogę powiedzieć, że ok
zabezpiecza końcówki, ale ma dość intensywny zapach. Mimo wszystko sprawdza się nie gorzej niż
inne tego typu jedwabie, olejki itp. Nie wpływa jako tako znacząco na stan końcówek, ale przedłuża
ich żywotność jeśli jest stosowane regularnie.

Co więcej?

Suszyłam włosy, jakoś przeżyły przy mojej filozofii, że suszenie nie jest złem. 

Z braku czasu nie robiłam żadnych plecionek (dlatego też nic się nie pojawiło na blogu) za to sięgnęłam sobie po szamponetkę. Włosów już nie farbuję, ale tęskniłam za kolorem, więc sięgnęłam po sprawdzoną Delię.

Marchewkowy rudy to to co lubię!

czwartek, 24 stycznia 2013

A kysz!

Ciągle poszukuję środka idealnego na wszelkie niespodzianki pojawiające się na mojej buzi. Taaaa uwaga bo jeszcze mi się uda...:)

W każdym razie do rzeczy!
Swojego czasu moja twarz przypominała wysypisko wulkanów. Na całe szczęście jeszcze w liceum miałam odrobinę rozumu, aby pójść do lekarza i coś z tym zrobić.
Teraz już nie mam aż takich problemów, jednak mam dużą skłonność do wyprysków. Dlatego walczę z nimi na bieżąco.

Dziś zdecydowałam się pokazać Wam kolejne po starcie (pojedynek maści do ust znajdziecie tu: KLIK). Tym razem walczymy z niespodziankami!



W ringu staje zawodnik, który pojawił się u mnie w szafce stosunkowo niedawno - olejek z drzewa herbacianego. Jego przeciwnikiem jest stary wyjadacz - apteczny Benzacne.

Oto jak wyglądał pojedynek:

Od dawna stosowałam Benzacne 10% (dostępna także wersja 5%). Ładnie wysusza wypryski i przyspiesza gojenie.

BENZACNE - Co mówi o nim producent?

Preparat BENZACNE wywiera działanie keratolityczne i słabo odkadzające. Tlen, uwalniany stopniowo z nadtlenku benzoilu, hamuje rozwój niektórych bakterii beztlenowych. Złuszczenie powoduje zmniejszenie ilości zaskórników i stanu zapalnego

Co mówię o nim ja?

Benzacne jest jednym z lepszych kosmetyków jakie miałam nie licząc tych przepisanych kiedyś przez dermatologa. Już w momencie kiedy widziałam, że coś się wynurza na powierzchnię szybko po niego sięgałam. I zazwyczaj działał. Dopiero pojawiające się podejrzane elementy usuwał, a te większe, których nie zwalczył wcześniej - elegancko goił i pomagał im szybciej zniknąć.Jeśli któraś z Was zdecyduje się na ten kosmetyk proszę zwróćcie uwagę na to co powypisywałam poniżej.

Rzeczy o których należy pamiętać stosując Benzacne:
1. Jeśli chcemy nałożyć krem na dzień, pod makijaż, musimy nałożyć go cieniutką warstwą. W innym przypadku będziemy miały piękny biały placek.

2. Kosmetyk ten powinno się stosować punktowo. Kiedyś nałożyłam to na trochę większy obszar skóry w okolicach brody i obudziłam się rano z czerwoną podrażnioną skórą. Czerwony placek z rana na twarzy nie jest fajny.

3. Przygotujcie się na walkę z suchymi skórkami. Kosmetyk ma w końcu działanie wysuszające. 

4. Po użyciu Benzacne należy bardzo dokładnie umyć ręce. Zdarzyło mi się parę razy niedokładnie wszystko zmyć, przez co moje ręczniki są teraz ozdobione wątpliwej urody białymi plamami.

Cena: ok 12 zł 

Teraz czas na drugiego zawodnika - olejek z drzewa herbacianego:

Będzie prosto i krótko - co za porażka.

Niestety olejek, który chwaliło tyle osób na blogach okazał się dla mnie katastrofą. Nie dość, że śmierdzi (moja rodzina stwierdziła że śmierdzi pastą do podłóg), totalnie nic nie robi. Ok ma bardzo delikatne działanie odkażające i wysuszające, ale to wszystko. Na mnie zupełnie się nie sprawdziło. Przy jego stosowaniu moja skóra szybko osiągnęła stan bliski krytycznego. Szczęście, że przed sylwestrem się opamiętałam i wróciłam do Benzacne, bo inaczej nawet pod makijażem nic by się nie ukryło... Teraz zostało mi pół buteleczki, która sobie leży i czeka właściwie nie wiem na co.

Cena ok 10 zł

Podsumowując:

Jeśli niespodzianki macie jedynie od czasu do czasu, a na ogół cieszycie się ładną cerą - spróbujcie olejku. Jest naturalny i dużo osób go chwali.
Jeśli jednak macie tego u siebie trochę więcej - wybierzcie Benzacne.
A na koniec - jeśli uważacie, że nic Wam nie pomoże - koniecznie wybierzcie się do dermatologa. To zawsze najlepsza decyzja.


sobota, 12 stycznia 2013

Czas na Lumene!

Źródło

Mam cerę bardzo problematyczną. Jest bardzo wrażliwa, cienka i sucha. O coś takiego nie jest łatwo zadbać. Zwłaszcza jeśli do tego dodamy po drodze walkę z częstymi niespodziankami w postaci wyprysków.
Nikt nie powiedział, że będzie łatwo. Ale nikt też nie powiedział, na jakiego sprzymierzeńca trafię na warszawskim spotkaniu bloggerek.

To mój nowy ulubieniec - krem Lumene. 

Keep it cool jest kremem nawilżającym, który ma za zadanie redukować zaczerwienienia, wygładzać i nawilżać skórę. Producent obiecuje nam przy tym jeszcze niezły mat i zapobieganie blokowaniu się porów. I ja czuję, że te obietnice zostały w pełni spełnione!

Przyznam się, na początku byłam nastawiona negatywnie. Dlaczego? Doczytałam się, że krem jest przeznaczony dla posiadaczek cery normalnej, mieszanej i tłustej. Dopiero potem wspomnianą mamy cerę suchą. Tak na końcu... pomyślałam, że to się nie uda. Bo co to za krem, który jest dla wszystkich? No i jeszcze ten mat. Nigdy nie używałam kremu matującego. Nie był mi potrzebny. Kremy matujące dawały mi do tej pory mało komfortowe uczucie ściągnięcia i niewystarczającego nawilżenia. 
I  teraz zonk - serio polubiłam się z tym kremem. 

Tak tak sama jestem zaskoczona. Krem naprawdę ładnie nawilża moją skórę. Mat też jest niezły - przyznaję, że pierwsze świecenie widać u mnie po około 7 godzinach pracy w pomieszczeniu klimatyzowanym. 

Co więcej? Dla mnie to świetny krem na dzień. Szybko się wchłania, a wykonany na nim makijaż jest trwały. Podkład się nie roluje, a dzięki efektowi matu używam dosłownie odrobinę pudru do utrwalenia wcześniej nałożonego podkładu.

A teraz coś co było dla mnie bardzo ważne - krem nie zapycha. Niestety ostatnio miałam ogromny problem z doborem odpowiedniego smaru na twarz, bo wszystko wywoływało u mnie sporą ilość wyprysków przez co moje policzki przypominały drogę mleczną... Tutaj taki efekt nie występuje. 

Podsumowując:

Skóra nie jest zapchana, świetnie się na nią nakłada makijaż, zaczerwienień nie ma, a mat nie wywołuje u mnie jednoczesnego napięcia na twarzy, którego nie lubię. 

Minusy? Są dwa. Pierwszym jest brak filtra. Drugim, że krem w tubce mi się kończy :)

Zdecydowanie zakupię go ponownie!

Cena: Za to małe cudo w tubce zapłacimy ok. 17 zł/50 ml

Edit:

Otrzymałam informację gdzie można dorwać kosmetyki Lumene:
http://www.kosmeteria.com.pl/sklepy_map?woj=157&miasto=167

wtorek, 25 grudnia 2012

Carmexlove

Nie będzie to szczególnie zaskakująca recenzja. Ale ważna, bo mamy zimę, a w zimie zmienia się nasza pielęgnacja.

Podczas ostatnich dni mój organizm walczył o to by nie zachorować. Dałam radę, ale odbiło się to na całym organizmie mocną czkawką. Na twarzy pojawiły się niespodzianki, paznokcie zaczęły się okrutnie rozdwajać, włosy coś mi bardziej wypadają, a skóra na ustach zaczęła mi płatami odpadać tworząc krwiste ranki. Boję się myśleć w jaką bestię się zamieniam.

Z każdą z tych przypadłości oficjalnie zaczynam walkę. To niezły test dla kosmetyków. Nie ma miejsca dla takich sobie. Dlatego w najbliższych postach możecie spodziewać się brutalnej walki kosmetycznych propozycji. Niech wygra najlepszy!

Jako pierwsze na front trafiają kosmetyki do ust. Sprawdziłam 4 różne kosmetyki. Wynik? 50 na 50. Połowa się sprawdziła, połowa praktycznie może trafić do kosza. Zacznę od porażek, skończę na KWC.

Po pierwsze: Masło Shea (zrobsobiekrem.pl)


Tak wiem, większość dziewczyn na blogach masło chwali. Podobno nadaje się do wszystkiego. U mnie nie radzi sobie z niczym. Masła używałam jako krem pod oczy na wieczór, jako nawilżacz do skórek i jako pomadki. Nie sprawdził się w żadnym przypadku. Konsystencja mnie drażni, działania nie widać. Nie lubimy się, nie wrócę do niego.

Po drugie: Pomadka Palmers

Być może balsamy tej firmy dają czadu, ale nie jest tak z ich pomadkami. Zwykła wazelinka, która do tego nie utrzymuje się na ustach dłużej niż pół godziny. Stosuję w pracy, żeby tylko coś mieć na ustach. Jak dla mnie nie pielęgnuje. Zbędny wydatek.

Po trzecie: Maść nagietkowa

Świetny regenerator. Pieśni pochwalne możecie znaleźć tu: KLIK. Kosmetyk do wszystkiego, w tym do ust. Opakowanie średnie, do trzymania w domu, nie w torebce. Usta są po nim zadbane, spokojnie mogę wtedy malować się szminkami nie bojąc się o wysuszone skórki. Nie utrzymuje się na ustach wybitnie długo, warto stosować na noc. Polecam szczególnie dla dziewczyn, które borykają się z problemem bardzo suchej skóry i  częstym podrażnieniem. To kosmetyk, który warto mieć zawsze w domu.

Po czwarte i ostatnie: Carmex

 Najpierw dwa zdania wyjaśnienia. Jak Carmex wygląda większość z Was wie doskonale. Moja wersja została niestety przyatakowana przez kundla, którego mało obchodzi, że mam ochotę posiadać ładne opakowania. Pogryzgł całość, pozbawił mnie zakrętki, po czym spróbował jak smakuje środek i zrezygnował z dalszej zabawy, a ja zostałam z tym...

Wersja klasyczna absolutnie położyła na łopatki konkurencję. Po ostatnim kryzysie to właśnie po Camexie moje usta wróciły do stanu używalności w najszybszym możliwym tempie. Nie polecam do stosowania na randki, bo kosmetyk ten nie pachnie i nie smakuje najlepszej, ale zdecydowanie nadaje się do każdej innej sytuacji. 
Carmex utrzymuje się na ustach długo, spokojnie można go stosować przed wyjściem na wielkie mrozy. Nic się tak nie spisuje u mnie jak on. Stosowałam wersję w słoiczku i sztyfcie. Preferuję słoiczek, mam wrażenie że odrobinę lepiej działa. Nie oznacza to jednak, że nie wrócę do sztyftu. Ze względów higienicznych to właśnie taka wersja spisze się lepiej w torebce. 

A u Was co stanowi podstawę pielęgnacji ust?

środa, 19 grudnia 2012

Liebster Blog


Padło i na mnie :) Zostałam nominowana przez Subiektywną Verę za co bardzo dziękuję, bo miałam dużo zabawy odpowiadając na pytania.



o CO CHO?
Wyróżnienie Liebster Blog otrzymywane jest od innego blogera w ramach uznania za "dobrze wykonaną robotę". Osoba z wyróżnionego bloga odpowiada na 11 pytań zadanych przez osobę, która blog wyróżniła. Następnie również wyróżnia 11 osób (informuje je o tym wyróżnieniu) i zadaje 11 pytań. Nie wolno nominować bloga, z którego otrzymało się wyróżnienie.


1. Wolisz sok pomarańczowy czy marchwiowy?
 
Powiedziałabym, że marchwiowy, bo to brzmi zdrowiej no i faktycznie jest dobry... ale nic tak nie orzeźwia jak zimna świeżo wyciśnięta pomarańcza. Mniam!

2. Wizyta w salonie kosmetycznym czy pielęgnacja w domu?

Nie mam ostatnio czasu na nic, pielęgnacja niestety ostatnio jest gdzieś na ostatnim miejscu więc o czasie na salony mogę pomarzyć (i o milionach monet wydanych na kosmetyczkę). Dom wygrywa. 

3. Preferujesz tonik czy płyn micelarny?

Myślałam, że przeskoczę na płyny, ale ostatnio jeden którego używam szczypie mnie w oczy i się nie lubimy. Dlatego powiem jeszcze inaczej: od paru miesięcy królują u mnie hydrolaty. Są delikatne, koją moją cerę i nie kosztują dużo.

4. Twoje niespełnione marzenie to...

Nie lubię myśleć o niespełnionych marzeniach. Wolę myśleć o projektach, które porzuciłam lub których jeszcze się nie podjęłam. Wtedy cała sprawa wygląda bardziej realnie. Średni ze mnie marzyciel.

5. Ulubiony deser?

Zjem wszystko co ma cukier. Wszystko. Nawet sam cukier zjem. Kiedy spytać moich znajomych z czego mnie kojarzą - na bank znajdzie się tam odpowiedź o jedzeniu kostek cukru podczas imprez. No cóż, nigdy nie twierdziłam, że mam zdrowe nawyki. No i jeszcze jedno - pamiętajcie - ludziom, którzy nie jedzą słodyczy nie można ufać :)

6. Czy uprawiasz jakiś sport? Jeśli tak, to jaki?

Niestety zima i zerwany prostownik w palcu powodują u mnie rozleniwienie. Ale uprawiam sporty i jestem zdecydowanie za aktywnym stylem życia. Uwielbiam wszelkie sporty indywidualne: basen (mistrzem nie jestem, ale się nie topię i pływam bez rękawków So much win :)), bieganie w wersji bieżnia, podnoszenie naprzemiennie obu powiek kiedy dzwoni budzik (tak wiem to sport ekstremalny)...
Wszystkie sporty są przyjemne, ale moją miłością są sporty walki, a moją królową już od trzech lat Krav Maga. Uwielbiam wykańczać się na treningu wiedząc, że uczę się nowych technik. Nie ma nic fajniejszego niż zaserwowanie komuś podczas sparingu czystego prawego prostego! Polecam każdej dziewczynie! Zapomnijcie o fitnessach, jogach i innych nudach. Mordobicie wymiata :)

7. O której zazwyczaj chodzisz spać?

O której mi bezsenność pozwoli.

8. Krem pod oczy stosujesz obowiązkowo czy nie zawsze?

Właściwie teraz mam pierwszy w życiu krem pod oczy., ciężko więc serio odpowiedzieć na to pytanie. Dajcie mi trochę czasu.

9. Wolisz seriale czy filmy?

Jestem taką trochę kinomaniaczką. Uwielbiam wszelkiego rodzaju filmy i mogę o nich rozmawiać godzinami. Ostatnio jednak z braku czasu stawiam na 20-minutowe seriale.

10. Twoje włosy są farbowane czy w naturalnym kolorze?

Od ponad pół roku nie tykam farby. Wiem, że trochę wyblakłam i myślę czy nie poromansować znowu z szamponetkami, ale jestem zbyt leniwa.

11. Twoje ulubione perfumy to...
Ulubionych nie mam, wszystko zmienia się kiedy przychodzi czas na kupno nowych flakoników. Ostatnio króluje u mnie 14 La Temperance od D&G w dzień oraz ich The One wieczorem. UWIELBIAM!

Moje pytania:
1. Psy czy koty (czas na blogową wojnę :))
2. Długie kudły, czy krótkie włosy?
3. Studia czy zostanie ninja?
4. Cień na oku czy czarna krecha?
5. Czerwone usta czy bezbarwna pomadka?
6. Balsam, lotion czy masło do ciała?
7. Czego zdecydowanie nadużywasz?
8. Co teraz czytasz? (czekam na inspiracje!)
9. To będzie trudne. Ulubione pytanie rekruterów: gdzie widzisz się za następne 5 lat?
10. Wolałabyś spotkać siebie z przeszłości czy przyszłości?
11. Właściwie dlaczego blogujesz?

No i przyszedł czas na nominację. I co? Jak zwykle mam ochotę złamać zasady gry. W jaki sposób? Nominuję Was wszystkie! Tak tak, jeśli to czytasz: odpowiedz w komentarzu na jedno z pytań które zadałam. Chętnie się czegoś o Tobie dowiem. 

niedziela, 9 grudnia 2012

Lecąc po taniości - Miss Sporty

Źródło
Z racji starzenia się na urodziny dostałam swój pierwszy pędzelek i eyeliner w słoiczku. Obawiam się, że będę musiała nauczyć się malować krechę od nowa :)

Zanim jednak otworzę wreszcie nówkę sztukę, muszę wykończyć swój liner - Miss Sporty. 
Miss Spoty była pierwszą firmą po którą sięgnęłam ucząc się robić kreskę. Po pierwsze, ponieważ nie byłam pewna jak kreska będzie u mnie wyglądać, a po drugie chciałam na zacząć od czegoś taniego - co w razie niepowodzenia i po złości na siebie, że nie umiem się malować - wiedziałam, że będę mogła wyrzucić do śmieci.
Szybko jednak okazało się, że bardzo się z tym linerem polubiłam. 

Wszystko zaczęło się od widocznego na zdjęciu Fabolous Glam. Schowany w środku pędzelek, był cieniutki i bardzo wygodnie i szybko malowało się nim kreskę. Obecnie Fabolous Glam zastąpiony został Studio Lash - czyli linerem z gąbeczką. 

Dlaczego piszę o dwóch wersjach w jednym poście? Ponieważ jeśli chodzi o konsystencję kosmetyku i jego trwałość - mówimy tu ciągle o tym samym. Wiem, że niektóre osoby na wizażu krytykują wersję z gąbeczką. Ja nie widzę większej różnicy, która wpływałaby na aplikację, w tym też na regulowanie grubości krechy. Ciągle mogę malować kreskę szybko i dokładnie. Co więcej, taka kreska jest stanie utrzymać się na oku przez parę godzin. 

Minusy?

A są! Niestety jeśli na końcu oka robię sobie wywyjańce, mogę się spodziewać, że zetrą się one po jakiś 5, 6 godzinach. Nie wiem, czy to ja coś tam trę od czasu do czasu, czy kreska sama ściera się na bardziej tłustym fragmencie skóry...  A szkoda, bo wtedy mogę się pożegnać z kocimi oczami :)

Czy bym kupiła liner ponownie?

Gdyby nie to, że teraz będę się wozić z pędzelkiem - to tak. Cena, czyli około 8 złotych i jakość jak najbardziej zachęcają. Produkt ten starczył mi spokojnie na pół roku, dopiero potem zaczął mi podsychać. 

A czym Wy malujecie krechy na oczach?