środa, 27 czerwca 2012

Wyprzedaże

Czas się przełamać. Szczerze mówiąc nie lubię chodzić na zakupy. Jestem zbyt nerwowa na takie rzeczy. Ale jak można się nie denerwować kiedy przez cały sezon w Mango widzę piękne sukienki, a w momencie wyprzedaży wchodzę i nic ciekawego nie widzę?! Albo inna sytuacja... jak tu kupować obuwie kiedy ma się szczupłą stopę, a rozmiar buta na płaskim obcasie 41?! I to podczas okresu kiedy modne są paski. Przecież ja się topię w butach z paskami w tym rozmiarze... Mało Wam? A jak dodam, że szpilki kupuję nie w rozmiarze 41... nawet nie 40... szpileczki kupuję w rozmiarze 38. Już wiem o co chodzi. Moja stopa się po prostu składa :P

Ale dobra koniec narzekania! Stwierdzając, że jak zwykle jeśli nie pójdę chociaż raz na zakupy to będę żałować, zmusiłam się do małego poszukiwania. Udało mi się wygrzebać 2 rzeczy z New Looka. Szału nie ma. Myślę jednak, że tak źle nie wyszło :)



Jak widać to zwykła granatowa kiecka. Myślę, że mimo wszystko da się z nią pokombinować i stworzyć parę stylizacji. No i jeszcze jedno. Jak tu nie kupić kiecki za taką cenę?!

Oryginalnie sukienka miała dołączony pasek z kokardką jednak był on tak paszkwilny, że od razu się go pozbyłam (swoją drogą zauważyłyście, że ostatnio często dodają do tunik i sukienek paski, ale są one naprawdę kiepskiej jakości?). No i powstał problem. Trzeba jakoś zakryć szlufki... Nie, żebym nie miała pasków w domu. Ale stwierdziłam, że warto zainwestować w kolejny. Zwłaszcza, że był przeceniony w tym samym sklepie na 15 zł.


A jak to wygląda u Was? Zamieniacie się w drapieżniki na czas polowań?

niedziela, 24 czerwca 2012

Niedzielna rozrywka

Powoli zaczynam wyglądać jak człowiek. Kto wie, może już jutro nie będzie widać co się ostatnio ze mną działo i przestanę być dla otoczenia jednookim bandytą :)

Z kwestiami kosmetycznymi ciężko u mnie w tym tygodniu. Ale ale! 
Spuchnięte oko dało czadu. Musiałam z nim powalczyć. Co pomogło? Przede wszystkim okłady ze świetlika. Podrażnienie rogówki spowodowało, że nie chciałam dopuścić do żadnej styczności nawet okolic oka z chemią. Wiązało się to też z odstawieniem wszelkich kremów. Bałam się, że czegokolwiek się dotknę mogę wszystko podrażnić. Dlatego właśnie środkiem na wszystko początkowo stała się czarna herbata. Ale tak naprawdę wybawieniem okazały się właśnie okłady ze świetlika. Nasączone gaziki służyły mi zarówno do zwalczania opuchlizny jak i oczyszczania powiek ze śpiochów, czy klejących się pozostałości po antybiotyku. Nic absolutnie nie szczypało, jedynie koiło. 

Dobra mamy już czarną herbatę i świetlik. co jeszcze? Okazało się, że kiedy moja mama zawitała w aptece usłyszała o fajnym działaniu herbaty, ale zielonej. Tak tak pani farmaceutka poleciła następnym razem zastąpić czarną herbatę - herbatą zieloną. Ktoś próbował?

Na koniec przestroga. Zupełnie nie związana z oczami. Bladziochy strzeżcie się i smarujcie filtrami nie tylko buzie! Przed moją rogówkową przygodą byłam na uczelni zdać ostatni egzamin.Wystarczyła jedynie godzina stania przed budynkiem, żeby przyozdobić się w flagę biało-czerwoną. Szkoda, że po naszej przygodzie z EURO :)

piątek, 22 czerwca 2012

Kiedy blog odrobinę umiera...

Tak ja wiem, zły ze mnie człowiek. Nie odpowiadam ostatnio na komentarze, nie piszę postów i nawet nie zaglądam na Wasze blogi. Ale już się tłumaczę!!

Ten tydzień postanowił, że taki rudzielec jak ja nie ma prawa bytu na tej planecie. Dlatego od poniedziałku zaczęłam z gorączką. Ale mało tego. Owa gorączka trafiła mi się na noc przed pierwszym dniem pracy. Ale nic. Przecież się nie poddam. Wysokie temperatury sprawiły, że dopiero wieczorne zmęczenie powodowało, że czułam się źle. Noce były koszmarem. Telepałam się z zimna mając na sobie dres i szlafrok. Idealny zestaw do spania:P

Ale ale, co ma gorączka do tego że nie wchodzę na Wasze blogi w poszukiwaniu nowych inspiracji?  Racja, w sumie niewiele. W momencie, kiedy choroba stwierdziła, że się nie poddaję, postanowiła mnie skasować do końca. Jak? Zaatakowała mnie zabójcza kartka. Tak tak nie wiedzieliście o tym, ale papier może być naszym śmiertelnym wrogiem. Narzędzie zbrodni swoją krawędzią ciachnęło mi oko. Niby nic. Po prostu łzawiłam. Wróciłam do domu, zadzwoniłam do okulisty pytając czy mam się pokazać i usłyszałam: Dziecko, natychmiast na ostry dyżur lecisz, bo jak to rogówka to będzie kiepsko. Więc popędziłam na ER:) i co? tak tak, przecięta rogówka. Najłatwiej opisać taką rankę jako podobną do tych, kiedy sobie przecinacie paluchy krawędzią papieru. Tylko jeśli to dotyczy oka to gwarantuję parudniową ślepotę. Duży ból spowodowany wrażeniem posiadania zszywki pod powieką, bóle głowy, regularne wciskanie żelu do oka.... Masakra. Praktycznie uzależniona byłam od innych.

Teraz, kiedy mogę już normalnie posługiwać się zdrowym okiem (wcześniej i to nie było możliwe), a drugie wygląda jak po sparingu z Gołotą informuję: Moja nieobecność jeszcze chwilę potrwa, ale jeszcze tu wrócę ::)

niedziela, 17 czerwca 2012

Lipmarker by Topshop

Pamiętacie Glossyboxa, w którym była szminka Kryolan? Absolutnie zakochałam się w tamtej czerwieni. Niestety pudełka nie subskrybowałam, więc mogłam zapomnieć o szmince, którą większość dziewczyn i tak zjechała za zbyt intensywny odcień. Ale nie ma tego złego. Znalazłam produkt, który mnie uratował. Dzięki niemu i ja mogę śmigać po mieście z krwistoczerwonymi ustami!


Moim KWC w kwestii ust stał się Lip Marker Topshopa.

Jest to marker, którym mogę idealnie wyrysować kontur ust i wypełnić go. Czerwień jest intensywna, a co najważniejsze supertrwała. To pierwszy kolorowy kosmetyk do ust przy którym nie muszę po każdym wziętym łyku/kęsie sprawdzać, czy jeszcze jest na ustach.

Po raz pierwszy idę na imprezę nie martwiąc się jak się będzie trzymała czerwień.
Marker nie posiada żadnego charakterystycznego smaku/zapachu. Po aplikacji wystarczy poczekać minutkę, aż podeschnie i możemy być spokojne o nasz makijaż. Bywało i tak, że po całonocnych imprezach wracałam rano do domu i mleczkiem jeszcze ściągałam resztki kosmetyku z ust. Czy to nie wspaniałe?

Ok ok ale nie może być zbyt pięknie. Zrobiłam markerowi dwa ciężkie testy!
Pierwszy z nich odbył się na imprezie, gdzie piłam piwo, gadałam całą noc i często tarłam usta (np. przy okazji smarkania nosa [przeklęta alergia!] zdarzało się, że chusteczką i o usta zahaczałam) a nic się nie działo!
Drugi test poszedł gorzej. Próba zjedzenia porcji carbonary związana była z koniecznością zorganizowania małego wypadu do łazienki w celu nałożenia poprawek.

Jak oceniam Lip Markera po testach? Zdecydowanie na plus. Cena nie jest najfajniejsza - ok 37 zł, ale absolutnie warto! Dziewczyny nawet nie wiecie ile komplementów można otrzymać po użyciu tego flamastra :)

Do ważnych informacji: fajne jest to, że ten odcień (RED) absolutnie nie podkreśla żółtego odcienia zębów. Ja mam nawet wrażenie, że wyglądają na bielsze niż w rzeczywistości. 

Flamaster nie wysusza ust, może ewentualnie podkreślać suche skórki. Niestety decydując się na coś takiego dobrze jest mieć zadbane usta.

Jeśli któraś jest zainteresowana podaję stronę na której mamy odcienie: TU. Mogę też polecić różowy. Mi kolor nie pasuje, ale mam koleżankę blondynkę, która wygląda w niej absolutnie oszałamiająco.

Uff.... To chyba pierwsza tak pozytywna recenzja w moim wykonaniu

piątek, 15 czerwca 2012

Zielony potwór z Biovaxem na głowie

Pewnie już większość z Was testowała coś z Biovaxa. U mnie od jakiś dwóch miesięcy króluje ich maska do włosów. Ale od początku...



Dawno dawno temu pomyślałam sobie, że fajnie byłoby zadbać o włosy. Dlatego kupiłam zielonego Biovaxa do włosów zniszczonych. Naczytałam się o tym, jak to maska potrzebuje ciepła, żeby zacząć działać. Czego to wtedy nie robiłam... były czepki, torebki foliowe i ręczniki na głowie. A mimo to nic. Maska nie dawała większych efektów. Byłam wściekła, że tracę czas na łażenie z dziwnościami na głowie.

Jakieś dwa miesiące temu zaczęłam raz w tygodniu chodzić na saunę. Pomyślałam, że trzeba to wykorzystać. Ciepło - maska! Od razu postanowiłam, że dam Biovaxowi jeszcze jedną szansę. Zakupiłam wersję do włosów słabych ze skłonnością do wypadania. Jakże zmieniło się moje podejście do masek!

Obecnie nakładam maskę dwa razy w tygodniu. Raz w domu podczas ciepłej kąpieli i raz, kiedy idę na saunę parową. Dzięki ciepłu i wilgoci składniki maski faktycznie lepiej działają, a ja nie męczę się chodząc po domu w turbanie. 


To co i jak z tą maską?
Już Wam wszystko mówię. Maska występuje w szczelnym pudle o pojemności 250 ml. To sporo. I fajnie, bo dzięki temu mimo, że nakładam dużo maski (a co sobie będę żałować!) ona nie kończy się tak szybko. W środku mamy jasno zieloną maź, która nie spływa z dłoni, wygodnie się nakłada. Ja staram się kłaść ją na całą długość włosów, skupiając się na nałożeniu większej ilości na skalp i końcówki. 

Efekty?
Szczerze mówiąc nie jestem pewna, czy Biovax ograniczył wypadanie włosów. Zauważyłam za to inne rzeczy. Moje włosy są o wiele lepiej odżywione! Po zastosowaniu maski nie mam też większych problemów z rozczesaniem włosów, a to ważne, bo ostatnio zaczęłam stosować szampon Babydream (włosy przy nim zamieniają się w jeden wielki kołtun). Dodatkowo nie zauważyłam, żeby maska obciążała mi włosy, czy przyspieszała ściąganie koloru farby z włosów. Bomba!

Czy warto?
Tak. Nie mówię, że koniecznie w tej wersji. Ale warto spróbować. Moje włosy polubiły się z tą maską. Szczególnie polecam, jeśli macie możliwość po basenie zajrzeć na sekundę do sauny (najlepiej parowej :). Ja stosuję opcję full wypas i dodatkowo przed wejściem nakładam maskę na buzię. Z koleżanką, która mi towarzyszy zawsze robimy furorę jako maskowe potwory! 

Cena?
Różnie bywa. Ja polecam promocje w SuperPharm. Mają często opcję 2 w cenie 1. Inną możliwością jest promocja na pojedyncze rodzaje masek. Wtedy kosztują od 10 do 15 zł. Zazwyczaj mamy jeszcze dodatkowo małe bonusy. Pierwszym z nich jest termoczepek (ja mu zrobiłam baj baj maszkaro i wyrzuciłam go do kosza), drugim saszetka jedwabiu albo serum A+E.

niedziela, 10 czerwca 2012

Ogłoszenie parafialne

Pamiętacie Konjac?


W E.Leclerc widziałam gąbeczki za 10,05 zł.
Piątaka taniej niż w Rossmannie. Powiem tak: Gdybym nie miała to bym brała.

sobota, 9 czerwca 2012

Maść nagietkowa

Dziś pora na pochwałę prostoty.

Lubicie korzystać z nieskomplikowanych kosmetyków? Dla mnie czymś takim, co bardzo chwalę, jest maść nagietkowa. Ratuje mnie zawsze, kiedy moja skóra jest zbyt sucha. 


Wykorzystuję ją smarowania:
- wysuszonych ust (maść spisuje się lepiej niż niejedna pomadka);
- skóry pod nosem kiedy cierpię przez katar i tworzą mi się czerwone tunele z wysuszoną skórą;
- okolic paznokci, bo po co mam inwestować w olejki.
Ostatnio oglądając 82Inez na YouTube usłyszałam, że ona stosuje maść na świeżo umyte i przetarte pumeksem stopy, po czym zakłada ciepłe, bawełniane skarpety i już po paru godzinach pięty ma gładkie jak pupa niemowlaka :)

Maść być może nie ma najprzyjemniejszego zapachu, ale dla mnie zapach nie jest drażniący. Przynajmniej nie pachnie chemią. Warto też dodać, że maść w klasycznym wydaniu ma 25g i jest bardzo wydajna.

Czy kupię ją ponownie?
No jasne! To nie pierwsze i nie ostatnie moje opakowanie.

Cena: W zależności od apteki 5-10 zł. Ale trzeba uważać co podają farmaceuci. Mi facet chciał wcisnąć maść za 22 zł, która podobno była bardziej skoncentrowana - pfff....

Chciałam Was spytać jak u Was spisują się najprostsze maści? Stosujecie maść nagietkową? A może jesteście fankami maści z witaminą A? Ostatnio przeglądając blogi zauważyłam, że niektóre z dziewczyn stosują wazelinę jako lek na wszystko: od stosowania jej jako maść na skórki, czy krem do rąk, po smarowanie nią rzęs.

Skład: Substancja czynna: Ekstrakt z koszyczka nagietka lekarskiego (Calendula Officinalis L.); ekstrahent: etanol, wazelina biała.